Dawno z taką niecierpliwością nie czekałem na kinową premierę. Wall-E to będzie najlepszy film, jaki w tym roku zobaczycie, ba, być może najlepszy film jaki kiedykolwiek widzieliście (pamiętajcie, czytaliście o tym TUTAJ jako pierwsi, ok?).
Ameryka już się zachwyca (najbardziej wymagający krytycy amerykańscy pieją z zachwytu), Wielka Brytania powoli zaczyna obrastać plakatami, zajawkami i reklamami z robotem (Wall-E), który po siedmiuset latach samotnego czyszczenia naszej planety ze złomu i paprochów… odkrywa miłość.
Rzekomo jest w Wall-E więcej i głębiej ale o tym, jak już zobaczę. Narazie zajawka:
Chyba czas świętować. Dziś mój blogowy licznik spamu (nieoceniony Akismet) poinformował mnie, że skutecznie uporał się z 20.037 komentarzami spamowymi od momentu instalacji. Czyli niespełna półtora roku temu (wcześniej blog ten pisałem na Bloggerze).
Są dni, kiedy dostaję tych komentarzy ze 120-150 w ciągu 24 godzin. Są takie, kiedy mam ich zaledwie 5-10. Bez względu na liczbę jest to raczej duża ilość niepotrzebnego śmiecia i raczej niepokojące zjawisko.
Skoro o spamie mowa, firma McAfee przeprowadziła ostatnio eksperyment, w trakcie którego 50 osób z całego świata przez miesiąc korzystało z internetu bez zabezpieczenia antyspamowego. W tym czasie niektórzy z uczestników eksperymentu otrzymali ponad 5.000 maili sklasyfikowanych jako spam. W sumie najgorzej pod względem spamu mają się Stany Zjednoczone , tuż za nimi są Brazylia, Włochy, Meksyk i Wielka Brytania. Oto cała lista (wraz z liczbą emaili otrzymanych przez uczestników eksperymentu w trakcie jego trwania):
1. USA 23233
2. Brazylia 15856
3. Włochy 15610
4. Meksyk 12229
5. Wielka Brytania 11965
6. Australia 9214
7. Holandia 6378
8. Hiszpania 5419
9. Francja 2597
10. Niemcy 2331 (źródło: mcafee.com)
Najpopularniejsze kategorie spamu to oczywiście m.in. ‘finanse’, ‘medycyna’, ‘pornografia’ i ‘Nigeryskie oszustwa’ (‘Piszę do Ciebie w imieniu zmarłego [tu imię i nazwisko], który pozostawił Ci w spadku 20 milionów dolarów. Prześlij czek na 2 tysiące dolarów na pokrycie kosztów sądowych i pieniądze są twoje’ – nie uwierzylibyście ile osób daje się nabierać na to). Więcej o wynikach eksperymentu tutaj (warto zajrzeć na blogi uczestników).
W czasie gdy to pisałem Akismet przechwycił kolejne trzy spamy. Uwielbiam przycisk ‘Usuń wszystkie’.
Oglądałeś kiedykolwiek jakikolwiek klip na YouTube? Tak? Przedstawiam zatem nowego właściciela części Twoich danych osobowych, koncern Viacom.
Zgodnie bowiem z nakazem sądu federalnego w USA, Google, właściciel YouTube, musi przekazać Viacomowi nazwy (loginy) wszystkich użytkowników serwisu, którzy oglądali klipy – czy to na stronie YouTube, czy na innych stronach, gdzie były one umieszczane – wraz z ich adresami IP, oraz danymi o samych klipach.
Viacom ma przegrzebać te dwanaście terabajtów danych, by stwierdzić - w ramach procesu o miliard dolarów odszkodowania, jaki wytoczył YouTube - jaka była skala łamania praw autorskich w odniesieniu do klipów Viacomu (właściciela m.in. MTV i Paramount). Sam Viacom zidentyfikował rzekomo ponad 160 tysięcy klipów do których rości sobie prawa.
Niewielkim pocieszeniem dla Ciebie i Mnie jest fakt, iż sąd nie zgodził się na wydanie Viacomowi kodu źródłowego YouTube.
Co będzie się działo z naszymi danymi w czasie gdy Viacom będzie je przeczesywał? Google chce je zanonimozować, ale tak czy inaczej to nie zdaje się uspokajać krytyków decyzji sądu, których zdaniem dane te nie są bezpieczne. (Tu warto przypomnieć, że wbrew pozorom adres IP może być wykorzystywany do identyfikacji indywidualnych osób, o czym nie tak dawno przekonał się AOL.)
Nie sądzę, by YouTube na tym przynajmniej etapie ucierpiał. Może zanotuje kolejny spadek liczby odwiedzających. Ale najciekawsze dopiero przed nami – do czego dogrzebie się Viacom i jaki to będzie to miało wpyw na przyszłość YouTube i wszelkich innych tego typu serwisów?
W momencie gdy piszę te słowa Matt jest w Seattle. Ale pewnie tylko czasowo. Przez ostatnich 14 miesięcy był w większości poza domem. W tym czasie kilka tysięcy osób z 42 krajów ‘pomogło’ mu stworzyć poniższe wideo. (Jeżeli spotkaliście Matta w Krakowie albo w Warszawie, może gdzieś się tu znajdziecie.)
A jeżeli jeszcze nie wiecie o jego stronie, radzę zajrzeć, poczytać i pooglądać. Matt to szajbus, ale i taki self-made Attenborough epoki Facebooka. Chyba mu trochę zazdroszczę…
Jest taka firma, która się nazywa Heinz. Pewnie wszyscy słyszeli. Produkuje fasolkę, zupki w puszce, keczup i majonez. I na tym majonezie się ostatnio trochę rozjechała.
Heinz postanowił bowiem iść z duchem czasu i wprowadzić element zaskoczenia w swej reklamie telewizyjnej. Warto tu może zaznaczyć, że Heinz to nie tam żaden produkt niszowy, tylko FMCG, czyli mainstream dla mas. Taka Pollena (czy to jeszcze istnieje?). Czy Pudliszki.
No to teraz sobie wyobraźcie te Pudliszki jak pewnego dnia po Wiadomościach a przed prognozą pogody pokazują ni z tego ni z owego nie żadną tam przeciętną, bogobojną i nienaturalnie radosną polską rodzinę wcinającą bogracz z szerokim uśmiechem, tylko romantyczną kolację, powiedzmy, dwóch gejów z noworodkiem i pikantnymi flaczkami w tle. Tak, też by mnie to oburzyło. Niemowlętom nie powinno się serwować pikantnych flaczków.
To teraz wyobraźcie sobie jeszcze kraj, gdzie widok dwóch gejów nikogo nie dziwi (choć flaczki szokują). Wielka Brytania ma ich w telewizorze setki. Gejów, nie flaczków. Ma też reklamy majonezu Heinza. Też takie wyświechtane, radosne rodziny wcinające cheleb z majonezem. I nikt nie protestuje, że nudne. Ale pewnego dnia komuś z Heinza się odmieniło (tu powracam do wątku z drugiego akapitu) i postanowił w reklamie pokazać rodzinę z dwoma ojcami. W dodatku na końcu reklamy musnęli się ustami.
Dosyć szybko reklama podchwycona została przez media i wyniesionia na piedestał jako przykład odważnego myślenia, otwartości, itp, itd. The Guardian piał z zachwytu, the Daily Mail siedział cicho, aż tu nagle gruchnęło jak grom z jasnego nieba, że dwieście osób (w 60-milionowym kraju) przesłało listy protestacyjne, bo rodzice musieli zdębiałym dzieciom tłumaczyć dlaczego pan musnął pana.
Ale nic to, karnawał trwał, organizacje gejowskie fetowały flaczkami z majonezem, aż tu nagle gruchnęło po raz drugi. Heinz po zaledwie kilku dniach wycofał reklamę. Ci, którzy jeszcze wczoraj świętowali, natychmiast wrzucili majonez Heinza natychmiast na stos (gdzie pewnie spłonął wraz z popiersiem równie znienawidzonego Roberta Mugabe). Wszyscy zaczęli krzyczeć „dlaczego?”, „komu to przeszkadzało?” , „ciemnota”, „idiotyzm”, itp.
No właśnie. Do tej pory także próbuję zrozumieć motywację Heinza i nie jestem w stanie pojąć, dlaczego podjęli taką decyzję. Cała ta awantura – łącznie z grupami protestacyjnymi na Facebooku, listami do szefostwa firmy – to z punktu widzenia PR katastrofa. Wielki Brat po awanturze natle rasistowskim dwa lata temu wygenerował kilkadziesiąt tysięcy listów protestacyjnych, a nadal jest nadawany. Heinz narobił w gacie ze strachu przed dwustu osobami.
Wymyślenie, zatwierdzenie i produkcja takiej kampanii to na pewno kwestia kilku miesięcy, kilku milionów funtów, gdzieś ktoś (kilkanaście nawet osób) musiał ją zaklepać. Gdzieś ktoś musiał pomyśleć – „pewnie będą się skarżyć, ale wiemy co robimy, mamy plan B”. Tylko dlaczego ten „plan B” taki siermiężny?
Czytałem dziś opinie specjalistów z czterech domów mediowych. Wszyscy jednoznacznie stwierdzili, że wycofanie reklamy było idiotyczną i nieprzemyślaną decyzją. Narazie szum wokół majonezu nie ustaje, a Heinz siedzi cicho.
A co Wy na to? Oto i sama reklama (tylko proszę przy dzieciach nie oglądać):
Narzekałem ostatnio na brak czasu na blogowanie, ale w ostatnich miesiącach nie brakowało mi czasu na oglądanie telewizji późnymi wieczorami…. OK, nie zawsze ‘live’, ale niektóre rzeczy lepiej się ogląda z kilkutygodniowym opóźnieniem. Niektóre są tak ponadczasowe, że nawet kilkumiesięczne opóźnienie nie ma znaczenia.
Takim programem na pewno jest amerykański serial Mad Men. Wciśnięty gdzieś w późnowieczorną ramówkę BBC4 serial o początkach wielkich agencji reklamowych skupionych na Madison Avenue (stąd tytuł) w Nowym Jorku we wczesnych latach 60. nigdy nie był kandydatem do wielkiego hitu na jakimś populistycznym kanale, nigdy też - w odróżnieniu od Lost czy Heroes - nie otrzymał wielkiej promocji, ale może dlatego był o tyle smaczniejszy.
Taki serial jak Mad Men jest w 2008 roku – kiedy wszechobecna poprawność polityczna często staje się karykaturą samej siebie, kiedy niedawne nawyki, nawet tak banalne jak palenie tytoniu w miejscach pracy, wydają nam się niemal niezrozumiałe – bardzo odświeżający.
W czasach, gdy reklama przestaje być odróżnialna od inych treści z nostalgią ogląda się serial, który pokazuje, jak – zaledwie kilka dekad wcześniej – dopiero próbowano zrozumieć co to jest reklama przez duże R i starano się wynieść ją poza oczywisty poziom łopatologii (‘wow, super, kup już teraz’). Z nostalgią ogląda się też czasy, gdy biura były pełne maszyn do pisania, dymu papierosowego, a o telefonie komórkowym nikt jeszcze nie słyszał.
Nostalgia – tak jak i reklama – to tylko jeden (choć dominujący) aspekt tego serialu. Drugim na pewno jest całe podłoże socjologiczne Mad Men – od stosunków kobieta-mężczyzna po karierowiczostwo. No i subtelność z jaką ten serial został nakręcony – brak tu efektów specjalnych, nie ma zawrotnego tempa, ale Mad Men oczarowuje wysublimowanym dialogiem, wystudiowanymi ujęciami i niesamowitą dbałością o szczegóły.
Jeżeli nie widzieliście, a będzie okazja, polecam. Mnie jeszcze zostało chyba ze sześć odcinków, więc znikam.
…ze bardzo żałuję, iż czas nie pozwala mi pisać o tych wszystkich rzeczach, które się dzieją. Gdzieś to wszystko tam w pamięci notuje, ale nie ma kiedy przelać na ekran.
Może trzeba by zacząć pisać książki a nie bloga? Co Wy na to? (To pytanie rzucam z nadzieją, że ktokolwiek je jeszcze przeczyta….)
Kiedyś Bill Bryson napisał w swej książce ‘Zapiski z małej wyspy’, że oglądanie wiadomości w Wielkiej Brytanii zmienia postrzeganie mapy świata. Sądząc po ilości czasu poświęconego poszczególnym krajom, Stany Zjednoczone i Australia są praktycznie sąsiadami Brytyjczyków, duża część Europy istnieje na Antypodach, a niektóre kraje są tak traktowane jakby były na Księżycu.
W ostatnich latach trochę się to pozmieniało, napłynęło trochę siły roboczej z Europy Wschodniej, Polska przesunęła się z Księżyca gdzieś w okolice Bangladeszu.
Mimo tego jednak znajomość geografii Europy Wschodniej nadal pozostawia wiele do życzenia.
Od kilku tygodni Observer z uporem maniaka drukuje reklamę oferującą kilkudniowe wypady do kilku miast europejskich – Barcelony, Rzymu, Pragi, Dublina, Budapesztu i innych. I zawsze w reklamie wykorzystuje to samo zdjęcie… Krakowa. Problem w tym, że oferta nie obejmuje Krakowa. Ba, biuro podróży Observera nawet nie oferuje wakacji w Polsce.
Trochę to podobne do uwagi mojej koleżanki, która jeszcze w latach 90. po mojej wizycie w Dublinie powiedziała mi, że ‘też by chciała kiedyś pojechać do Anglii’.
Boris Johnson, konserwatywny poseł brytyjskiego parlamentu, został burmistrzem Londynu. Tak powinna brzmieć wersja oficjalna. Nieoficjalna brzmi nieco inaczej.
Boris Johnson, śmieszny misio (tylko poza polityką), były naczelny politycznego tygodnika Spectator, a w ostatnich latach znany jako poseł reprezentujący bogaty i pozbawiony problemów Londynu okręg wyborczy Henley, a także jako satyryk, nieodpowiedzialny idiota pełniący funkcje państwowe, który pełniąc te funkcje nie sprzeciwia się wyrażanym przez jego pismo niepochlebnym opiniom o mieszkańcach Liverpoolu (w kontekście żałoby po zamordowanym w Iraku a pochodzącym z Liverpoolu zakładniku, Kenie Bigleyu), sam wyraża nieprzemyślane opinie o charakterze rasistowskim i homofobicznym, niezorganizowany, mało zdyscyplinowany bufon, został wybrany na nowego burmistrza Londynu. Długie zdanie i tak nieczytelne jak sam Boris.
Komentatorzy polityczni – poza Sky News i popołudniówką Evening Standard, która Borisa ogłosiła burmistrzem nieoficjalnie kilka miesięcy temu, i która całemu Londynowi już o 6 wieczorem, prawie 6 godzin przed ogłoszeniem oficjalnych wyników, ogłosiła zwycięstwo Borisa (patrz zdjęcie poniżej) – zastanawiają się, czy Johnson utrzyma dyscyplinę, która w ostatnich tygodniach pozwoliła mu zdobyć przewagę nad odchodzącym burmistrzem, Kenem Livingstonem.
Zastanawiają się, ale i też powątpiewają. Johnson nigdy nie był znany ze swego zorganizowania (raz w trakcie programu telewizyjnego zapomniał nawet tytułu swej książki). Nigdy nie kierował żadnymi dużymi projektami, nie mówiąc o rządzeniu kilkumilionowym miastem i nadzorowaniu jego budżetu. Johnson będzie się musiał mocno starać by odzyskać zaufanie tych wszystkich, których wcześniej urażał swą ‘satyrą’, a którzy bez wątpienia w takim mieście jak Londyn dadzą mu o sobie znać już od pierwszych godzin urzędowania.
OK, Livingstone nie był moim idolem, nie był także idealny jako burmistrz. Mimo kilku znakomitych osiągnięć (głównie kwestie społeczne i związane z ochroną środowiska) sam także był postacią kontrowersyjną (słynna umowa z Wenezuelą na dostawy taniego paliwa dla londyńskich autobusów, kretyńskie uwagi dotyczące polityki zagranicznej, sprzeciw wobec prywatyzacji metra), zamieszaną w kilka skandali korupcyjnych, finansowych oraz religijnych itp,. Śmiem jednak wątpić czy Johnson mu dorówna.