iPhone - zdjęta reklama

 

Jako, że teraz tak w modzie jest powiedzieć coś o iPhonie, najlepiej, żeby nie było pozytywnie, to powiem tylko tyle, że w Wielkiej Brytanii zakazano pokazywania reklamy iPhone’a, bo rzekomo wprowadzała w błąd.

W reklamie użyto bowiem zwrotu "Nigdy nie wiadomo, który fragment internetu Ci się przyda (…), dlatego iPhone ma wszystkie fragmenty". Dwie osoby złożyły skargę, ciało nadzorujące standardy w reklamie przyjrzało się filmikowi i stwierdziło, że istotnie wprowadza w błąd, bo ani Java ani Flash nie są przez iPhone’a obsługiwane, a oba są integralną częścią wielu stron internetowych - stąd stwierdzenie ‘wszystkie fragmenty’ jest nieprawdziwe.

Oczywiście Apple się broni twierdząc, że w przeciwieństwie do wielu aparatów oferujących jedynie technologię WAP, iPhone daje o wiele większe możliwości i dostęp do stron. To, że z części z nich nie da się korzystać, to już inna sprawa. Hmm, dziwne podejście, nieprawdaż? Choć z drugiej strony, trochę to też szukanie dziury w całym. Ja jakoś nie odebralem tej reklamy, jako wprowadzającej w błąd, ale ja się mogę nie znać. Sami oceńcie:

 

Zobacz także:

Premiera iPhone’a - moje pierwsze spotkanie

  • Wykop
  • Gwar
  • Google
  • del.icio.us
  • Facebook
  • TwitThis

Jak zarżnąć ducha olimpijskiego

No tak, Igrzyska zakończone, cały świat zachwycony organizacją (dyskretnie pomijając inne kwestie) i olbrzymimi widowiskami, jaki otworzyły i zamknęły tegoroczną Olimpiadę. Teraz pora na Londyn. I tu zaczęło zgrzytać.

Pomijam już czerwony autobus w Pekinie i występ Leony Lewis z Jimim Pagem (czemu nie Amy Winehouse z Petem Doherty?), koszmarny układ choreograficzny, kompletnie niczego nie mówiący i próbę zamordowania przypadkowego chińskiego wolontariusza piłką kopniętą przez Davida Beckhama.

Pomijam też ‘piknik’ olimpijski (bo tak to wyglądało) pod Pałacem Buckingham, transmitowany na żywo bezpośrednio po zakończeniu Igrzysk. Zwieńczeniem pikniku był występ wokalistki M People, Heather Small, którą się zazwyczaj odgrzewa w ważnych dla Brytyjczyków momentach. Nie wiedziałem, że M People nadal są cool.

Ale największą wpadką wczorajszego dnia był film pokazywany w London House w Pekinie, podczas ekskluzywnego wieczoru z udziałem premiera Gordona Browna, innych przedstawicieli rządu, burmistrza Londynu Borisa Johnsona, Davida Beckhama, przedstawicieli komitetu organizacyjnego Igrzysk w Londynie w 2012 roku i wielu innych ‘ważnych’ osób.

Podczas wieczoru pokazywany był 6-minutowy film reklamujący Wielką Brytanię, złożony do kupy przez Visit London, organizację mającą promować Londyn. Film ten rzekomo był pokazywany wcześniej podczas innych imprez  organizowanych przez Visit London. Tym bardziej dziwny jest fakt, iż nikt nie zauważył wcześniej iż w montażu wykorzystano bardzo kontrowersyjny portret Myry Hindley, która w latach 60. wraz ze swoim partnerem, Ianem Bradym, porwała, wykorzystała seksualnie, torturowała, a następnie zamordowała pięcioro dzieci w hrabstwie Yorkshire.

OK, portret pojawił się przez kilka sekund, ale sam film pokazywany był wielokrotnie podczas pekińskiego spotkania.

Sam portret był swego czasu równie szokujący, co postać samej Hindley - w 1997 roku został po raz pierwszy publicznie pokazany na wystawie Sensation w Royal Academy. Namalowany został poprzez wielokrotne naniesienie odcisków rączek dzieci na płótno. Od razu stał się mocno kontrowersyjny, wkrótce został zniszczony przez przeciwników wystawy i doprowadził do odejścia z Royal Academy kilku pracowników.

Czy naprawdę u nikogo nie odezwał się alarm ZANIM wysłano ten film do Pekinu? Czy Myra Hindley - czy jej portret - to w istocie jedyny symbol kulturalny Londynu? Czy dopiero burmistrz i premier muszą wyrazić swe oburzenie, żeby ktokolwiek się zorientował, że jest nieco więcej bardziej aktualnych dzieł lepiej symbolizujących Londyn, niż kontrowersyjny portret seryjnego mordercy?

Mam tylko nadzieję, że to tylko potknięcie, a nie przedsmak organizacyjnego chaosu. W przeciwnym wypadku latem 2012 roku będę się musiał gdzieś tymczasowo przeflancować. Może do Pekinu.

Zdjęcie: za pośrednictwem bloga Skull Cull

  • Wykop
  • Gwar
  • Google
  • del.icio.us
  • Facebook
  • TwitThis

Linki z dziś

Dziś tylko dwa linki, za to oba dla miłośników (i wrogów) Google’a:

  • Czy Google to zagrożenie dla prywatności danych? Ten problem wypływa po raz kolejny w obszernym, choć raczej mało odkrywczym artykule w The Observer z okazji dziesiątej rocznicy powstania Google’a.

 

  • Google Minus Google - to ciekawa ‘wyszukiwarka’ Google nie wyświetlająca wyników z innych stron należących do Google’a, jak YouTube, Blogger czy Knol. Fiński blog Startupbin, wykorzystał googlowe AdSense, ktore pozwala umieścić na jakiejkolwiek stronie wyszukiwarkę Google’a i jednocześnie daje możliwość zdefiniowania stron, które maja być pomijane w wynikach wyszukiwania. Bomba. (via John Battelle).

 

  • Wykop
  • Gwar
  • Google
  • del.icio.us
  • Facebook
  • TwitThis

Początek końca Twittera?

 

Brzmi nieco dramatycznie, fakt. Ale w końcu każdemu może wyczerpać się cierpliwość, a Twitter - bodaj pierwsza i bezsprzecznie najpopularniejsza platforma mikrobloggingowa na świecie - w ostatnich miesiącach nadwyrężał zaufanie swoich użytkowników niejednokrotnie. A od dziś brytyjscy użytkownicy serwisu zostali pozbawieni możliwości otrzymywania wiadomości przez komórkę. Ale po kolei.

Twitter, który w Polsca ma swój klon w postaci Blipa, to taka sprytna platforma, która w prosty sposób pozwala komunikować się z przyjaciółmi przy pomocy krótkich (140 znakow) wiadomości. Można je wysyłać przez internet lub komórkę i tą samą drogą trafią do odbiorców - wielu jednocześnie. Prostota tego serwisu oraz wiele dróg dostępu do niego sprawiły, że w ostatnich miesiącach Twitter zaczął się rozrastać w ogromnym tempie.

W Wielkiej Brytanii przyrost użytkowników był o wiele większy niż w Stanach. Sam założyłem nawet eksperymentalną, zamkniętą grupę kilku użytkowników Twittera, do której zaprosiłem kilkunastu znajomych. Chciałem sprawdzić, czy Twitter pozwoli nam utrzymać częstszy niż dotychczas kontakt. Po kilku dniach konsternacji (’co to jest? ‘jak to się je?’ - dla wielu prostota serwisu była paraliżująca), wszyscy uzależnili się od Twittera, nawet największe technofoby.

Ale Twitter, który powstał zaledwie dwa i pół roku temu w San Francisco jako projekt badawczy, nie posiada modelu biznesowego. A przynajmniej sensownego modelu. Mimo tego, stał się popularny nie tylko wśród użytkowników indywidualnych, ale także większych organizacji, jak BBC, czy CNN, co przyczyniło się na pewno do wzrostu popularności serwisu. 

Proste aplikacje, jak Twitterfeed pozwalają  w ciągu kilku minut  założyć nowe konto, podczepić własny kanał RSS i wysyłać w świat cokolwiek. I tu pojawił się pierwszy problem - strona nie wytrzymywała pod naporem ruchu. W ostatnich miesiącach co chwilę użytkownicy widzieli powyższego wieloryba z ptaszkami, tzw. fail whale, który oznajmiał, iż serwis jest przeciążony. Czasami trwało to godzinami.

Ten nagły rozrost  nie miał żadnego finansowego wsparcia. Twitter jako serwis darmowy, bez konkretnej wizji rozwoju zaczął mieć kłopoty, gdy fail whale przestał być żartem, a stał się utrapieniem. W ostatnich miesiącach właściciele Twittera dostali zastrzyk gotówki od inwestorów, ale nadal nie potrafili sprecyzować, jak zarobić na popularności serwisu.

Teraz chyba jednak spostrzegli się, że nie tylko nie zarabiają, ale tracą. Twitter płacił bowiem za każdego smsa, którego wysyłał. Innymi słowy, jeżeli ty wysyłasz informacje przez sma na Twitter, ty płacisz, ale jeżeli Twoi znajomi życzą sobie otrzymywać aktualizacje od ciebie smsem, koszty tej operacji ponosi już sam Twitter. A jak napisał dziś w mailu do swych użytkowników Biz Stone, jeden z założycieli Twittera, koszty te mogą sięgać nawet tysiąca dolarów na użytkownika rocznie.

Od dziś zatem  brytyjscy użytkownicy serwisu nie będą mogli otrzymywać smsów z wiadomościami (do tej pory był limit 250 takich smsów tygodniowo), a jedynie będą mogli wysyłac smsy, za które oczywiście muszą swojemu operatorowi zapłacić.

Sądząc po reakcji swej eksperymentalnej grupy (zero aktywności), Twitter bez możliwości otrzymywania smsów będzie dla wielu mało atrakcyjny. To moment, który pewnie będą starały się wykorzystać podobne serwisy, jak Pownce czy Jaiku dla skuszenia rozczarowanych Twitterem użytkowników. Twitter góruje nad innymi podobnymi serwisami tym, że ma olbrzymią, znacznie od nich większą bazę użytkowników. Early adopters i entuzjaści nadal będą na Twitterze polegać, bo im pewniej łatwiej korzystać z serwisu przez internet mobilny itd. Większość Twitterowców pewnie też pozostanie i będzie czekała na dalszy rozwój wypadków.

Lubię Twittera i żal mi byłoby go stracić. Ale jeżeli Biz Stone i spółka nie podejmą logicznych kroków  w celu usprawnienia serwisu, nie przyjmą logicznej strategii rozwoju, to nawet najwytrwalsi odejdą i wtedy pozostanie już tylko duży fail whale.

Zdjęcie: Bull3t via Flickr

Zobacz także:

iPhone? Twitter? Facebook? O czym się mówi?
Roślinki z Twitterem

  • Wykop
  • Gwar
  • Google
  • del.icio.us
  • Facebook
  • TwitThis

Olimpijski fotoblog

 

Osobom zainteresowanym Igrzyskami i fotografią polecam ciekawy blog Olympics in Pictures, pisany przez Marca Asplanda, fotodziennikarza sportowego dziennika The Times.

Nie tylko doskonałe zdjęcia, ale także kulisy pracy fotografa na tak olbrzymiej i wymagającej imprezie.

Nie ukrywam, że z zazdrością patrzę nie tylko na jego osiągnięcia, ale też sprzęt

  • Wykop
  • Gwar
  • Google
  • del.icio.us
  • Facebook
  • TwitThis

Informacje o wojnie - przez Bloggera

Rosja wypowiedziała Gruzji wojnę na kolejnym froncie - poprzez cyberatak i paraliż gruzińskich stron rządowych.

Gruzińskie MSZ Korzysta z Bloggera w celu obejścia blokady - informacje publikuje na blogu http://georgiamfa.blogspot.com/

Tymczasem Sky News nie potrafi nawet sprawdzić gdzie ta Gruzja leży - jak podaje blog journalism.co.uk, strona internetowa Sky News zacytowała wpis z Wikipedii o stanie Georgia, w Stanach. Fakty, liczby, ciekawostki, historia.

Nikt nie zauważył, że ta druga Georgia (Gruzja) to zupełnie inna historia…

  • Wykop
  • Gwar
  • Google
  • del.icio.us
  • Facebook
  • TwitThis

Zobacz swój własny atak serca

Od kilku tygodni jadąc rano do pracy widziałem wielkie bilboardy obwieszczające "Zobacz własny atak serca w niedzielę o 21.17 na ITV". Akcję tę wspierały znane osoby - aktorzy, dziennikarze, politycy.

Przyzwyczajony do wszelakich marketingowych zabiegów sądziłem, że ‘atak serca’ w tym przypadku to przenośnia, może ciekawa gra słów. Nie. ITV w istocie pokazała wczoraj ni mniej ni więcej tylko zawał serca.

Dwuminutowy klip sponsorowany przez British Heart Foundation był - podobnie jak strona Dwie Minuty - częścią kampanii uświadamiającej zagrożenie zawałem serca. W tym nieco szokującym klipie aktor Steven Berkoff ‘znęca’ się nad mężczyzną, zadając mu ból podobny do tego, jaki odczuwa osoba w trakcie ataku serca.

W graficzny sposób ukazane są poszczególne symptomy towarzyszące zawałowi: ucisk w klatce piersiowej, dławienie, zanik mowy, zwroty głowy itp. Jednocześnie Berkoff tłumaczy jak łatwo jest zignorować zawał, czy pomylić atak serca z innymi przypadłościami.

Generalne przesłanie klipu: lepiej, żeby pogotowie przyjechało niepotrzebnie, niż za późno.

Przekonuje was?

Zobacz także:

Sex sells - seks w reklamie społecznej

  • Wykop
  • Gwar
  • Google
  • del.icio.us
  • Facebook
  • TwitThis

Londyńska dziesiątka: miejsca, których lepiej unikać

Ok, siedzę już w tym mieście dosyć długo - wystarczająco długo by pamiętać jeszcze przechadzającą się po Kensington Dianę i by móc z całą stanowczością stwierdzić, iż fontanna w Hyde Parku to kijowy pomysł na pamiątkę po niej. W tym czasie miałem możliwość oprowadzania po tym mieście wielu znajomych, z których wielu nie mogło się nadziwić, jaki tu tłok, jak tu wszędzie głośno, jak dużo trzeba się nachodzić, jak ich wyobrażenia (często oparte na naiwnych czytankach z lekcji angielskiego) rozmijają się z rzeczywistością i (tak, takie uwagi też słyszałem) że nie ma nigdzie tych ‘panów w melonikach z parasolką’.

Czas podzielić się wiedzą na temat Londynu w nieco inny niż dotychczas sposób. Od dziś co pewien czas będę publikować zupełnie subiektywne listy rzeczy, których w Londynie warto doświadczyć.

Choć przekornie postanowiłem zacząć od dziesięciu miejsc, których najlepiej w Londynie unikać. Bez względu na to czy jest się turystą czy mieszkańcem. Pewnie jest ich ze sto, ale muszę sobie coś zostawić na ‘volume 2′, prawda? No i pewnie nie wszyscy się z tym zgodzą, ale też o to chodzi. Aha, kolejność na liście jest przypadkowa.

1. Oxford Street - idealne miejsce na: stracenie portfela, rozjechanie się na kebabie (wymiocinach w weekendy), bycie rozjechanym przez autobus, ewentualnie rozdeptanym przez tłum. Ale nie na zakupy, wbrew podręcznikowym czytankom. Alternatywne miejsca: pobliski Carnaby Street oraz High Street Kensington. No i internet, rzecz jasna. Przynajmniej nie śmierdzi cebulą ze smażonych na ulicy hot-dogów z salmonellą.

2. Jakikolwiek Starbucks. Na pierwszy rzut oka jest super - kanapy, miły jazzik, zapach kawy, można poczytać książkę czy gazetę, popatrzeć na ludzi. Może jestem staroświecki, ale bardziej mi odpowiada europejska kawa - mocna, w małej filiżance, za rozsądną cenę. Starbucks to olbrzymie kawy o smaku sików kota, w przeróżnych wariacjach i w cenach nie odpowiadających - moim zdaniem przynajmniej - jakości. Jeszcze 10 lat temu koncept kawy on-the-go był w Londynie niemal nieznany. Teraz Starbucks (choć nie tylko - podobnych barów sieciowych jest mnóstwo) jest praktycznie wszędzie. Taki McDonalds dla ‘koneserów’ kawy.

3. Pałac Buckingham - w owczym pędzie hordy turystów biegną codziennie w stronę Pałacu i… stoją i się gapią i robią zdjęcia. I tyle. Bo ani Pałac jako budynek nie jest zbyt ciekawy, ani Królowa zazwyczaj nie kwapi się do machania z balkonu w dzień powszedni. W weekendy tym bardziej. Zmianę warty lepiej sobie zobaczyć na Whitehall, bo tam przynajmniej można od konia kopytem oberwać. Zawsze to jakaś pamiątka. Bo spod Pałacu zostaną Wam tylko zdjęcia szarego budynku przez kraty z tysiącem innych turystów w tle.

4. Nowy Spitalfields Market - zmniejszający się w zastraszającym tempie kawałek starego Londynu w pobliżu Liverpool Street, o rzut kamieniem od banków londyńskiego City. Kiedyś pełen charakteru targ, ściągający w każdy weekend ciekawych ludzi sprzedających i kupujących stare winyle, byle jakie szpargały, tanie, a dobre jedzenie, biżuterię, itp. Teraz Spitalfields to okrojona, wysterylizowana wersja poprzedniego targu, zmieniona przez deweloperów różnej maści na szklano-aluminiową ‘atrakcję’ dla turystów, z barami sieciowymi, tandetnymi butikami i dogrywającym skrawkiem starego targu.

5. Camden Town market - dobry tylko jak się ma 17 lat, właśnie odkryło się ‘the goth look’, ewentualnie ma się nadzieję, że kupiona tam tania chińska koszulka z napisem Adisad, Amrani, czy Guicci w istocie kogoś przekona, że jesteś cool.

6. Croydon - to taka odległa, bezduszna, beznadziejna dzielnica na południowych krańcach miasta. Turysta może się tam zaplątać jedynie przesiadając się z pociągu w drodze z czy na Gatwick. Bardziej niż do Londynu Sherlocka Holmesa bliżej mu do Dworca Centralnego w Warszawie. Dla mnie też symbol tego, co w Londynie przygnębia - przemocy, niemocy i ignorancji.

7. Leicester Square - każda stolica ma takie miejsce, które w przewodnikach entuzjastycznie opisywane jest jako centrum rozrywki, z tętniącymi życiem barami, najlepszymi klubami i fantastycznym życiem nocnym. W rzeczywistości to nijaki, zatłoczony, zbyt drogi plac z Burger Kingiem, drogimi kinami i ulicznymi aktorami. Nic nowego, nic innego, nic ciekawego. (Jedyną ciekawą rzeczą na Leicester Square są częste światowe premiery hollywodzkich filmów - ale to rzecz jasna kwestia gustu).

8. Trocadero (Piccadilly) - ‘centrum rozrywki’ pomiędzy Leicester Square i Piccaddilly Circus. Czasy świetności ma za sobą. Ponad sto lat temu restauracja, potem sala koncertowa, w latach 90. otwarto tam pierwszego tutaj IMAXa, Segaworld, wszystko tętniło życiem. Teraz jest to raczej przygnębiający szkielet z paroma ‘atrakcjami’, niezbyt ciekawym tłumem i nowym właścicielem, który zastanawia się, jak temu wszystkiemu przywrócić dawną świetność.

9. Lotnisko Heathrow - otwarty niedawno (choć nie bez problemów i wpadek) Terminal 5 da być może nadzieję na to, że koszmarne Terminale 2 i 3 wkrótce znikną z powierzchni ziemi, wraz ze swymi kolejkami, przytłaczającymi halami odpraw, śmierdzącymi wykładzinami w odpornym na brud stalowym kolorze i niemiłymi wspomnieniami przed-bożonarodzeniowych walk o ostatnie miejsce na ostatnim nie odwołanym locie…

10. Pociąg podmiejski o 7.15 z Cambridge na King’s Cross w Londynie - według najnowszych danych Ministerstwa Transportu, jest to najbardziej przeludniony pociąg w całej Wielkiej Brytanii, który standardowo przewozi 76% więcej ludzi niż powinien.

Trochę może negatywnie jak na początek listy, ale obiecuję pokazać także ten ładniejszy, bardziej magiczny Londyn. Niestety, bez ‘panów w melonikach’…

Wkrótce: 10 najlepszych widoków dla fotografów i 10 ciekawych a mało znanych miejsc w Londynie. Oczywiście jakby kto miał sugestie - ukpl [malpa] hotmail [kropka] com

Zobacz także:

Spłonął Cutty Sark
Blogi (i nie tylko) o Londynie
Sahara nad Tamizą
Street Wars w Londynie
Numer czternaście proszę!

  • Wykop
  • Gwar
  • Google
  • del.icio.us
  • Facebook
  • TwitThis

Polski emigrant kontra Daily Mail - 1:0. Czyżby?

Zacznę od wyjaśnienia co to jest the Daily Mail. Jest to dziennik brytyjski, który dla wielu liberalnych Brytyjczyków jest symbolem ograniczonego, ksenofobicznego myślenia, gazeta, która hołduje raczej konserwatywnym poglądom, i która bardziej czytana jest ‘na prowincji’ niż w kosmopolitycznym Londynie. To tak z grubsza i może nie do końca obiektywnie.

Ale na tyle obrazowo, by zrozumieć dlaczego jakimś tam osiągnięciem jest opublikowanie na stronie Daily Mail listu stojącego na czele Zjednoczenia Polskiego z siedzibą w Londynie Wiktora Moszczyńskiego, tłumaczącego pozytywny wpływ polskiej emigracji zarobkowej na gospodarkę Wielkiej Brytanii, krytykującego uwłaczające Polakom artykuły w Daily Mail i wzywającego do większego wyczucia w poruszaniu kwestii najnowszej polskiej emigracji w UK.

Publikacja listu jest wynikiem ugody zawartej pomiędzy ZP i Daily Mail za pośrednictwem PCC (Komisji Skarg Prasowych), do której Moszczyński złożył zażalenie w związku z publikacjami gazety.

Dziennik tłumaczy, że nigdy nie miał zamiaru obrażać Polaków, że ZP nadinterpretuje jej zwyczajowo dosadne tytuły i styl pisania. ZP odpowiada, że nie chce, by prasa napędzała swymi artykułami nienawiść wobec polskich emigrantów. No i jest OK, sprawa wydaje się zamknięta.

Ale pan Moszczyński zabrał się teraz za Timesa. A właściwie za jego publicystę i krytyka, Gilesa Corena. I tu już mam problem. Bo mimo, iż widzę, co mogło zaboleć, to jednak nie mogę oprzeć się wrażeniu, że Moszczyński - czy ZP - nie do końca jarzy Corena. Co gorsza popełnia błędy, które podważają jego wiarygodność.

Giles Coren napisał pod koniec lipca o pogrzebie swego wuja, który był synem polskiego Żyda. Przy okazji nawsadzał Polakom za niezamknięte kwestie udziału w Holokauście, a najnowszej emigracji, która wraca do Polski, bo boom w budownictwie na Wyspach się skończył, powiedział by spadała do domu. I był tu raczej powściągliwy. Gdyby pan Moszczyński czytał więcej Corena, to wiedziałby, że generalnie opluwa wszystkich i wszystko. Bez wyjątku. Swoich fanów na Twitterze wyzywa od najgorszych, innym recenzentom mówi, żeby się pierdolili, korektorom Timesa publicznie wymyśla, że nie znają się na tym, co robią. Taki ma styl. Taki też urok wolnej prasy.

Przejrzałem jak PAP - a za nim Wprost, Onet, Dziennik Polski, portal Moja Wyspa i parę innych - opisał tę sprawę. Słowem nie wspomniano o polskich, żydowskich korzeniach Corena. Nie próbowano wytłumaczyć, co tak naprawdę napisał i w jakim kontekście. Zacytowano natomiast list ZP do PCC:

“Tezy autora podżegają do nienawiści, oparte są na nieskrywanych uprzedzeniach i ignorancji (…) Artykuł jest wyrazem skrajnej postaci polonofobii, czyli jawnej nienawiści wobec Polaków”

Co gorsza - i tu zarówno ZP jak i kretyński PAP tracą zupełnie wiarygodność - nieudolnie przetłumaczono część felietonu Corena. Cytat z PAP:

Zjednoczenie protestuje przeciwko użyciu przez autora tekstu pejoratywnego wobec Polaków słowa “Polack”, dawaniu do zrozumienia, iż “zbrodnie Radovana Karadżicia na Bałkanach muszą być Polakom bliskie” (…)

Nie. Coren napisał, że widział materiał o pojmaniu Karadzicia i o zbrodniach, do których podżegał “tak niedawno, tak blisko Polski”.

Brawo ZP, brawo PAP. Nagle walka ZP z brytyjską prasą ma dla mnie zupełnie inny oddźwięk.

7.08 POST SCRIPTUM: Dziś pan Moszczyński produkował się w telewizji GMTV. Elokwentny, przekonujący, bez żadnych wypaczeń w jedną czy drugą stronę, z gładkim akcentem osoby, która w Londynie spędziła całe życie. Tym bardziej nie potrafię zrozumieć, jak mógł dopuścić do takiej gafy.

  • Wykop
  • Gwar
  • Google
  • del.icio.us
  • Facebook
  • TwitThis

Paulo Coelho - pisarz, bloger, pirat

Poprzez blog Jeffa Jarvisa i jego felieton w Guardianie dowiedziałem się o “podwójnym życiu” brazylijskiego pisarza, Paula Coelho.

Podwójnym, bo jak się okazuje Coelho nie tylko jest znanym pisarzem, ale też zapalonym blogerem, miłośnikiem Twittera (ma tam ponad 1200 fanów), wersji wideo mikrobloggingu w postaci Seesmic, fanem webcastów, fotografem z kontem na Flickr itp.

Jak czytałem Jarvisa to miałem przed oczami wizerunek Coelho jako takiego 12-letniego chłopca, który z zapałem odkrywa coraz to nowsze zabawki. Ale w odróżnieniu od 12-latka Coelho wie, po co mu te wszystkie zabawki:

“Myślę, że język, jakim piszesz bloga jest inny od języka, którego używasz w Guardianie, prawda? Musimy się przestawić. Sprawa mi to dużo radości”

- powiedział Coelho Jarvisowi, tłumacząc, dlaczego korzysta z tych wszystkich nowych serwisów.

Mimo to pisarz nie traci wiary w słowo drukowane. Dla niego online jest jedynie uzupełnieniem druku.

Z kolumny-wywiadu Jarvisa - i z samego bloga pisarza - dowiedziałem się jeszcze jednej rzeczy, która pewnie dla fanów Coelho od dawna nie jest żadną tajemnicą. Jest on zagorzałym piratem. Sam umieszcza linki do pirackich tłumaczeń swych książek z całego świata. Oberwało mu się za to niejednokrotnie od wydawcy, ale - jak sam tłumaczy - ‘piractwo’ (czytaj: udostępnianie za darmo) pomogło mu osiągnąć niesamowity sukces na niektórych rynkach.

Nigdy tam jakimś strasznym jego fanem nie byłem, Alchemika przeczytałem, ale teraz chyba dodam Coelho do swojego Twittera.

  • Wykop
  • Gwar
  • Google
  • del.icio.us
  • Facebook
  • TwitThis