Trochę ostatnio mało pisuję, powodów jest wiele – między innymi dużo pracy - ale dwa główne to powódź (i związana z nią częściowa ewakuacja i nieuniknione użeranie się z ubezpieczalniami) oraz…. Facebook.
Wiedziałem, że tak się stanie. Połknęło mnie. Początkowo obchodziłem się z tym ostrożnie, spokojnie, z rezerwą. Teraz już odczuwam pierwsze oznaki uzależnienia. Ale też wmawiam sobie, że mi przejdzie.
Narazie zachłystuję się wszelakim dobrem i ilością aplikacji, jakie Facebook zdążył już zintegrować – od Flickr, przez Last.fm, czytniki RSS, aplikacje wideo, po ulubione książki, cytaty dnia i tysiące mniejszych, czy większych, mniej czy bardziej przydatnych aplikacji.
Kilka dni temu Facebook obwieścił, że ma już 30 milionów użytkowników, a nazwa Facebook w mediach pojawia się praktycznie codziennie – i to w różnych kontekstach, od bezmiernego podziwu do straszenia kwestiami zagrożenia prywatności i rzekomej paniki wśród poszukujących pracy, że przyszli pracodawcy coraz częściej sięgają po Facebook jeszcze przed rozmową kwalifikacyjną i dowiadują się o kandydatach więcej niż z samej rozmowy.
W istocie, niektórzy są bardzo odważni i w swoich profilach umieszczają praktycznie wszystkie dane, z wyjątkiem może numeru karty kredytowej.
Obiecuję, że Facebookiem jeszcze się będę dzielił, na razie wracam do powodzi.







