Czyli marketing bez głowy. Dostałem parę dni temu mailem kupon na 40-procentowy rabat w jednej z brytyjskich sieci sklepów z winami, Thresher.
Kupon można było drukować do woli, w warunkach promocji nie było żadnych większych ograniczeń (poza maksymalną kwotą, jaką obejmuje rabat – 500 funtów). Pomyślałem sobie, że hojny ten sklep. Kupon dotarł do mnie przez osobę z biura, ale już kilka godzin później dostałem kolejnego maila z tym samym kuponem od jednej ze znajomych.
Widać jakaś większa promocja.
I pewnie nie poświęciłbym temu wszystkiemu zbyt dużo uwagi, gdyby nie fakt, że od piątku telewizja i internet trąbią o tym, gdyż okazało się, iż Thresher – w swej hojności – popełnił chyba bardzo poważny błąd marketingowy. Nie docenił bowiem siły internetu i siły portali społecznościowych, dzięki którym właśnie (a także dzięki blogom) kupon ten – pierwotnie przeznaczony jedynie dla najbliższych współpracowników i ich rodzin – rozszedł się błyskawicznie po całym kraju.
A że w warunkach promocji nie ma żadnych ograniczeń, a sam kupon można wykorzystywać wielokrotnie, szacuje się, że dotarł on do co najmniej 5 milionów (niektórzy twierdzą, że 10 milionów) ludzi. Pod sklepami ustawiały się kolejki, z półek zaczęły znikać drogie wina, a firma ostrzegła, że promocja może poważnie zaszkodzić dochodom sieci. Jak poważnie – to się okaże po 10 grudnia, bo do tego czasu trwa promocja.
Pojawiły się oczywiście głosy, że to pewnie dobrze zawoalowana i przemyślana akcja marketingowa, ale znawcy są zupełnie innego zdania.
Tak, czy inaczej, dla milionów Brytyjczyków Święta zaczęły się wcześnie.
OK, biegnę, bo muszę biec wykorzystać swe dwa kupony.






